Рет қаралды 1,552
sł. i muz. Jan Kondrak
Przypowieść o porażeniu
Było pod wielkanoc Czwartek
Każdy dokądś gnał
Na ulicy sławińskiego
Front jedności wściekłych aut
Siedzieliśmy na przystanku
Naprzeciwko chłopak stał
W nerwach coś miał niedograne
W nogach raczej nie był chart
Przebrnąć chciał na drugą stronę
Ale stał bo instynkt grał
To zwykłe porażenie
Ktoś stwierdził no bo mógł
Ciekawe kto zawinił
Zły lekarz czy też bóg
Chyba nie tak kolego
To nie jest wzór na haft
Nie zobaczyłeś wszystkiego
W tym chłopcu jest wielu z nas
Na skraju Na krawędzi Na brzegu
Stawałeś bracie nie raz
Po wodzie marcowej Grudzie grudniowej
Próbowałeś i w bród i wpław
Tam raczej nikt cię nie czekał
Lecz było ci wolno i chciałeś
I chociaż chart byłeś w nogach
W pół kroku stanąłeś i stałeś
To było porażenie i chciałbym gdybym mógł
Czasami się dowiedzieć kto zrządził
Człek czy
Nie przeszedłeś na brzeg tamten
Piętro wyżej na ten szczyt
Może lepiej Sam już nie wiesz
Może tak musiało być
Teraz mieszkasz gdzieś Masz dzieci
Słabość też do ciast i win
A wciągając spodnie z rana
Stwierdzasz że zaczynasz tyć
Bo tu gwiazda ironiczna bezskutecznie gryzie mur
Bo tu z roku na rok nikną ci co w górę szli na skrót
Nad świdnikiem znów szybowiec To normalna tutaj rzecz
Ciebie nic już nie porywa bo lądować nie masz gdzie